„Sztuka błądzenia” – recenzja książki i merytoryczne perełki

Sztuka Błądzenia” przeczytana. Zajęło mi to 2 wieczory. Lektura była przyjemna, ciekawa i rozwijająca. 

To już trzecia książka Rafała (po „Rozwoju osobistym” i „Nie myśl, że NLP zniknie”), którą miałem przyjemność czytać. Apetyt był więc rozbudzony, a poprzeczka wyznaczająca oczekiwania została postawiona odpowiednio wysoko. Autor jednak sprostał … w dużej mierze. I dobrze. Perfekcyjna książka o błędach zakrawałaby na herezję.

1. Ogólne wrażenia

Jeśli wcześniej nie czytałeś żadnego „Żaka”, to wiedz, że Rafała jako pisarza wyróżnia:

a)      dbałość o źródła – sięga do badań naukowych, szuka wielu książek o tematyce, w której będzie pisał i wyciąga z nich to, co najlepsze. W „Sztuce błądzenia” jest aż 135 przypisów, mimo że książka liczy 220 stron. Nie jest to przy tym bezczelne żerowanie na pracy innych autorów, ale umiejętne przytaczanie faktów czy ilustrowanie idei ciekawymi historiami,

b)     ironiczne, inteligentne poczucie humoru – Rafał lubi i potrafi pastwić się nad patologią, złymi postawami czy różnymi „odlotami”. Ma talent do wyszukiwania i przytaczania historii, które z jednej strony mrożą krew w żyłach, a z drugiej wywołują salwy śmiechu,

c)      przystępny, wyważony styl – myśli wyrażane są precyzyjnie i zrozumiale. Nie razi nadmiar ozdobników, tekst jest też wolny od ekshibicjonizmu autora, który opisuje intymne wydarzenia ze swojego życia. Zamiast tego mamy (w miarę możliwości) obiektywny przekaz.

Co było charakterystyczne w samej „Sztuce błądzenia”? Dostajemy w niej przegląd tego, co współczesny świat wie o błędach. Skąd się biorą, jak można im przeciwdziałać czy zmniejszyć siłę ich rażenia, aż po pomysły oprawienia błędów w ramkę lub designerskie pudełko i wypuszczenie na rynek jako produkt czy narzędzie marketingowe. Dużo tego wszystkiego. Co cieszy … i martwi jednocześnie. Cieszy, bo jest interesujące, intelektualnie rozwijające. Na najbliższym obiedzie rodzinnym, przy kotlecie, będę mógł błysnąć bogatą wiedzą o błędach. Martwi, bo przez wiele wątków autor się prześlizgnął. Zasygnalizował, że coś takiego jest, opowiedział historię, podał jeden przykład i poszedł dalej do kolejnej inspiracji, bez oglądania się za siebie. A chciałoby się czasem przystanąć na dłużej i zagłębić w temat.

2. Merytoryczne perełki

Czego się dowiedziałem ze „Sztuki błądzenia”? Jakie merytoryczne wątki mnie urzekły i zamierzam im się przyjrzeć bliżej?

a) nie bój się dyskomfortu – Rafał na wielu przykładach (m.in. różnic w podejściu szkoły amerykańskiej i japońskiej) pokazuje, że gdy pojawia się błąd, często chcemy go jak najszybciej skorygować. Dbamy o to, by uczeń, który tę pomyłkę popełnił, nie czuł się głupio. Tymczasem w wielu sytuacjach pozostawienie przestrzeni na to, by delikwent doszedł do tego, gdzie i dlaczego się pomylił, może mieć dużo większą wartość rozwojową. Zatem uczestnicy moich szkoleń – uważajcie! Będziemy zanurzać się w porażce po pas i trwać w niej, aż nie dotrzemy do jej źródeł!

b) warto celowo popełniać błędy – zwłaszcza te, które Paul Schoemaker nazywa „błyskotliwymi”, czyli takimi, które mają niskie koszty, a potencjalnie duże korzyści – jeśli wyciągniemy z nich właściwe wnioski. Nigdy nie wiadomo, co się z nich wyłoni – może kolejny genialny wynalazek, który powstał przez pomyłkę (przypadek) – jak karteczki post-it, coca-cola czy viagra. Tak! Niebieska pigułka była początkowo lekiem na nadciśnienie i płuca, z efektem ubocznym manifestującym się poniżej pasa.

c) „planuj tylko do poziomu, żeby móc działać” – czyli lean start-upowo: tworzymy prototyp – testujemy i pokazujemy zaufanym ludziom – poprawiamy – tworzymy nowy prototyp itd. Zamiast zaplanowywać się na śmierć i wypuszczać produkt, bez wcześniejszego kontaktu z rynkiem i ludźmi. Co nieraz mi się zdarza.

d) metoda zysków marginalnych – bardzo bliska mojemu sercu i podejściu, które stosuję z klientami przy pracy z nawykami. Polega ona w skrócie na tym, że zamiast szukać jednego usprawnienia, które ostudzi piekło obecnej sytuacji i zmieni ją w rajski dobrobyt – lepiej jest polować na małe usprawnienia. Każde z nich w pojedynkę nie da zauważalnych rezultatów, ale łącznie – mogą spowodować olbrzymią dobrą zmianę. Pfu! Pozytywną zmianę, znaczy.

Merytorycznych fajerwerków jest tutaj znacznie więcej. Te były dla mnie nowe i szczególnie przydatne.

3. Mocne strony

Za co szczególnie cenię tę książkę?

a)  za to, że w świecie, w którym nie można mieć problemów, a tylko wyzwania – znalazła się pozycja w całości poświęcona błędom i porażkom. Że do rozwojowego menu może wrócą w ten sposób zapomniane słowa i mniej będziemy ulegać tyranii sukcesu. Mniej będziemy napinać muskuły i śpiewać hymny pochwalne na swoją cześć. Że bardziej otwarcie będziemy mówić o swoich ‘fuck-upach’,

b) za potężną dawkę inspiracji w ciekawym temacie. Cytaty, historie, badania naukowe – bardzo przekrojowe podejście,

c) za pomysły, które narodziły się w mojej głowie dotyczące tego, jak mogę wzbogacić swój warsztat trenera i coacha.

4. Co bym zrobił inaczej

Gdybym mógł cofnąć się w czasie i niczym Leonardo di Caprio podłożyć Rafałowi we śnie kilka pomysłów:

a)      zasugerowałbym użycie większej ilości przykładów dotyczących zastosowania narzędzi i metod w życiu osobistym oraz biznesie (przedsiębiorcy, korpoludy). Duża część przykładów (zwłaszcza z pierwszej części książki) dotyczyła medycyny, lotnictwa i firm produkcyjnych. Przełożenie ich na realia zwykłego śmiertelnika nie zawsze jest proste;

b)     zaproponowałbym przearanżowanie sekcji kończącej każdy rozdział. Zamiast 3-5 pytań pozostawionych bez żadnego wsparcia, widziałbym tam jedno pytanie, jedno konkretne polecenie „Zapisz X, Wymień 3 itp.” I wykropkowane miejsce do zapisania odpowiedzi. Inaczej pokusa ograniczenia się do przeczytania pytań i czym prędzej przewrócenia strony na kolejną, jest niemal nie do odparcia;

c)      poprosiłbym, żeby skupić się na mniejszej ilości wątków, za to bardziej szczegółowo. Dodać przykłady z realnego życia: list kontrolnych, najgorszych możliwych scenariuszy, analiz pre-mortem i innych metod, które były opisane, ale dość krótko i pobieżnie;

d)     doradziłbym, żeby przenieść zdjęcie autora i jego opis na tylną część okładki. Dlaczego? Przez większą część lektury, Rafał świdrował mnie swoimi przenikliwymi, sceptycznymi oczami. Cały czas gapił się na mnie i ani razu nawet nie mrugnął! Dowód znajdujesz na zamieszczonym zdjęciu.

Książka „Sztuka błądzenia” jest dobrze napisana, przyjemnie się ją czyta. Nie tylko poszerza intelektualne horyzonty, ale daje także kilka sprawdzonych rozwiązań pozwalających oswoić się z błędami, lepiej z nich korzystać, a nawet przeciwdziałać wystąpieniu kilku z nich. Warto po nią sięgnąć. 

Dodaj komentarz